Płyta zbierająca różne stare nagrania Fehlmanna (ale niepublikowane wcześniej - właściwie to jego debiutancki album), chociaż robiąca wrażenie całości - utwory łączą się ze sobą i są bardzo spójne. W sumie czasami całkiem przyjemne granie (Superfruhstuck, Dingo, Schizophrenia, Cuddle), czasem mroczne (Zauberwort, Luster), ogólnie nawet niezłe. Zaltuje Orbem momentami (Teufel), ale poza tym to typowo Fehlmannowe granie - bardzo elektroniczne, dziwne, jakby lekko zamglone brzmienie... Raczej inne od tego co Pan TF proponuje obecnie - bardziej "wesołe".
Ta płyta to typowe granie Vangelisowe, ale jak kogoś razi patetyczny ton klawiszy i chóru, to raczej go odrzuci. Osobiście podobają mi się dwa kawałki: Echoes ze świetnie przerobionym tematem głównym przewijającym się przez całą płytę (w utworze Voices śpiewanym przez chór, w Echoes granym przez fortepian i później jeszcze powtórzonym w P.S.) oraz fajnymi pseudo-smyczkami; drugi to genialnie zaśpiewany przez Stinę Nordenstam Ask the Mountains - cudownie bajkowy utwór. A reszta też jest przyjemna, ale trzeba to lubić.