Dzisiaj coś do posłuchania dla każdego. Tą EPkę można ściągnąć za darmo ze strony wytwórni. Zdecydowanie polecam. Pod szyldem Kids for Tomorrow kryje się dwóch panów: nieznany mi William Mempa, oraz znany mi bardzo dobrze Andrew Reichel, od pewnego czasu nagrywający pod szyldem Gel-Sol - nagrał dwie genialne płyty, opisane przeze mnie tu i tu. Jako Gel-Sol Andrew gra bardzo fajny ambiencik spod znaku Orba z okresu płyty Orblivion, choć dodaje do tego sporo od siebie. Jako Kids for Tomorrow tych dwóch panów nagrało kolejny świetny kawałek ambientu - pełny długich utworów, świetnych brzmień, sympatycznych sampli, miłych motywów, a nawet żeński wokal w Back to Helix. Momentami jest mroczno (zwłaszcza w Esto Perpetua), momentami przyjemnie (Flasc - utwór bardzo przypominający dokonania Gel-Sol), a całościowo słucha się tego miło. EPka nie jest za długa (zaledwie 43 minuty, prawie jak album), więc naprawdę zachęcam do ściągania.

Kategoria: Elektronika Single | Dodaj komentarz »

The Mars Volta - The Bedlam in Goliath

28 stycznia 2008, 20:18:56
Przeczytałem parę dni temu (nie znając jeszcze płyty) recenzję na 7kettles.com i trochę się zasmuciłem - Łukasz zjechał płytę ostro. Nie dałem jednak za wygraną i sam zapoznałem się z czwartym album panów z TMV i nie jestem zawiedziony. Wręcz przeciwnie - im częściej słucham tej płyty, tym bardziej mi się podoba. Omar Rodriguez-Lopez i Cedric Bixler-Zavala po raz kolejny udowodnili, że tworzą muzykę przez duże M. Zgadzam się jedynie z jednym zarzutem Łukasza: płyta faktycznie jest trochę męcząca - brak tutaj jakichś spokojniejszych fragmentów, jakiegoś wyciszenia przez parę minut (najlepiej coś jak Televators czy Asilos Magdalena z poprzednich płyt). Jedyna (powiedzmy, że) ballada Tourniquet Man jest krótka i w dodatku mocno psychodeliczna (te zniekształcenia pod koniec utworu). Słuchanie całości naraz może być ciężkim zadaniem - zwłaszcza, że album trwa ponad 75 minut.

Idealnym rozwiązaniem jest słuchanie poszczególnych utworów osobno, a nie jednym ciurkiem. Wtedy pokazują one swoje wspaniałe wnętrze. Każdy kawałek skrzy się od pomysłów, ciekawych zmian rytmów, nastrojów i melodii (do czego TMV już dawno nas przyzwyczaili), czasem dostajemy fajny funk (Goliath), czasami mocno arabskie motywy (Soothsayer), czasem ciekawy podział rytmiczny (Cavalettas), czasem potrafią zaskoczyć mocno prostym riffem (Ouroborous)... Momentami słychać mocno echa płyty Frances the Mute (końcówka Aberinkula), czasem płyty Amputechture (końcówka Goliath). Dzieje się tutaj mnóstwo i to jest zarówno największa zaleta płyta, jak i jej największa wada. Tak jakby twórcy chcieli jak najwięcej pomysłów zamieścić za jednym zamachem, co powoduje często lekki chaos dźwiękowy. To nie jest płyta na jedno przesłuchanie, trzeba ją zgłębiać powoli i wiele razy.

Na tym albumie debiutuje nowy perkusista grupy, Thomas Pridgen, młody chłopak, który już zdążył zdobyć wiele różnistych nagród. I słychać, że zasłużenie dostał te nagrody. Gość gra, jakby miał 10 rąk!! Momentami jest po prostu niesamowity!! To był naprawdę dobry wybór. Oczywiście czasami też gość przesadza (jak w Wax Simulacra, gdzie gra po prostu z prędkością światła, choć spokojnie mógłby trochę przystopować). Pewnie na koncertach daje nieźle czadu... Świetna płyta.

PS. To drugi album z tego roku poznany przeze mnie. Ciekawe ile ich będzie...

Kategoria: Rock i Metal | 1 komentarz »

Yes - Relayer

28 stycznia 2008, 14:25:02
Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają najstarsi górale, w Polsce istaniała taka fajna rzecz jak wypożyczalnia płyt kompaktowych. Za 10.000 zł (odpowiednik obecnej 1 złotówki) można było na jeden dzień pożyczyć do domu dowolna płytę CD dostępną w wypożyczalni. Oczywiście nikt wtedy nawet nie słyszał o nagrywarkach CD, więc przegrać muzykę można było wyłącznie na kasetę magnetofonową. Korzystałem osobiście z takiej wypożyczalni nagminnie, chodząc tam po lekcjach. Działo się to w latach 1992-1994. Potem wprowadzono ustawę o prawach autorskich i źródło muzyki wyschło. Ale co się człowiek napożyczał, to jego. Wtedy też zaczynałem swoją przygodę z muzyką, więc pożyczałem takie rzeczy jak Peter Gabriel, Dead Can Dance, Pink Floyd, King Crimson czy właśnie Yes. Ech, fajnie było...

Żeby było zabawniej, płyty Relayer akurat w tej wypożyczalni nie mieli. Poznałem ją więc dopiero w zeszłym roku, kiedy ponownie naszła mnie ochota na słuchanie staroci. No i dobrze zrobiłem, że ją poznałem, gdyż jest to dzieło doskonałe. Układ utworów przypomina świetną płytę Close to the Edge (3 kawałki, pierwszy zajmuje całą stronę płyty, dwa pozostałe na stronie B), proporcja jakości muzyki też jest podobna. Na stronie A mamy utwór The Gates of Delirium - niesamowicie czadowy, dynamiczny, pełen solówek gitarowych, klawiszowych (jest to jedyny album Yes na którym na klawiszach gra Patrick Moraz), pędzący do przodu, z fajną melodią... A przez ostatnie 4 minuty utwór zmienia się w cudowną balladę Soon, wydaną nawet na singlu, w której pasaże melotronowe pięknie przeplatają się z łkającą gitarą, której wtóruje fantastyczny głos wokalisty...

Pozostałe dwa kawałki to: mocno jazzrockowy Sound Chaser, który w środkowej części robi się lekko chaotyczny i nudnawy (gitara coś rzepoli bez innych instrumentów), natomiast końcowa ballada To Be Over jest dośc przyjemna, choć dziwnie się kończy i trwa trochę za długo. Ale ogólnie jest to naprawdę świetny album.

Kategoria: Rock i Metal | Dodaj komentarz »

Obejrzane - Wierny ogrodnik

27 stycznia 2008, 14:12:01
Spodziewałem się czegoś innego - jakiejś ciekawej historii, momentami zabawnej, momentami wzruszającej... A dostałem ciężki film polityczny, o wyjątkowo wyświechtanej tematyce, bardzo przygnębiający, z bardzo dobrym aktorstwie, świetnymi zdjęciami i wyjątkowo powierzchownym potraktowaniu tematu. Średnio mi się podobało...

Kategoria: Film | 1 komentarz »

Powszechnie lubiani wykonawcy, dla Was nie do polubienia

25 stycznia 2008, 10:45:24
Była taka fajna zabawa na forum Porcupine Tree. Każdy ma jakieś swoje typy, wśród wykonawców uważanych przez ogół za fajne, dobre, wybitne, genialne, których z jakichś tam powodów nie znosi (nie lubi głosu wokalisty, nie podobają mu się kompozycje, teksty itp.). No i właśnie każdy wymieniał swoje typy, przez co było sporo śmiechu, przekomarzania się itp. Sam też się tam dopisałem, ale pozwolę sobie odświeżyć moje typy. Podaje tylko nazwy zespołów, bez wdawania się w szczegóły, bo i po co? W końcu to subiektywna lista - nie lubię ich, choć często szanuję ich wkład w światową/polską muzykę.

Oto oni:

The Beatles
Genesis
U2
Deep Purple
Smashing Pumpkins
Dream Theater
Wilki
Green Day
Iron Maiden
Led Zeppelin
Marillion
Marilyn Manson
Nirvana
Radiohead
The Rolling Stones
Oasis
Perfect

Ale ze mnie malkontent wyszedł. Nie lubię prawie całego mainstreamu ;-)

Kategoria: Muzyka | 4 komentarze »

Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy