Jeden z ciekawszych młodych pisarzy fantastycznych, który moje serce podbił opowiadaniami Książka, która wyjada oczy, Lodowe łzy i, przede wszystkim, Matka Gromów (dostępna w zbiorze opowiadań Tempus Fugit). Zachęcony naprawdę fajnymi, oryginalnymi i ciekawymi opowiadaniami sięgnąłem po jego debiutancką książkę. I trochę się rozczarowałem. Pomyślana jako wielka epopeja, przypominająca trochę strukturą Diunę, książka opowiada o upadku i podniesieniu się następcy tronu "władcy światów", Zanaela. Autor dokonał ciekawego podziału - bohater żyje w świecie science-fiction, ale uciekając przed prześladowcami, przenosi się do równoległego wszechświata, który jest bardziej w konwencji fantasy (smoki, magia, elfy...). W drugiej części powraca do science-fiction, aby pod koniec wymieszać te światy.

Problem z tą książką jest taki, że początkowo dużo się w akcji dzieje, ale w drugiej połowie wszystko siada, traci dynamikę, zaczyna się robić jakoś tak... powolnie. W dodatku przemyślenia bohatera powieści pojawiają się w dość dziwnych momentach i autor ciągnie je przez kilka nawet stron... Brak też jest jakichś ciekawszych pomysłów, choć początkowo jest nawet interesująco, to potem zaczyna się powielanie schematów.

Niemniej jednak całość jest całkiem sprawnie napisana, trzeba w końcu brać pod uwagę, że to debiut książkowy Sebastiana. Jak na to spojrzeć pod tym kątem, to naprawdę nie jest źle. Ale chyba lepiej by było, gdyby książkę trochę odchudzić, albo wręcz przeciwnie - rozbudować, zwłaszcza drugą, bardziej polityczną część.

Kategoria: Ogólne | Dodaj komentarz »

King Crimson - In the Court of the Crimson King

22 maja 2008, 15:59:58
(Island, 1969)

O tej płycie napisano już tyle artykułów, rozdziałów, wylano tony atramentu, że aż właściwie powinienem się powstrzymać i tylko potwierdzić: tak, to genialna płyta. Ale nie do końca tak uważam. Był to album, od którego zacząłem przygodę z KC - zapewne wielu fanów KC też tak zaczynało. Rzeczywiście, jest to płyta niezwykła, jak na ówczesne czasy prawdziwie rewolucyjna - nikt tak nie grał, żadna płyta nie brzmiała tak dobrze (naprawdę, całość nadal dobrze brzmi, w przeciwieństwie np. do płyt Pink Floyd z tego okresu), mało który zespoł grał z taką niesamowitą energią...

Zaczyna się niesamowicie. 21st Century Schizoid Man to do dzisiaj jeden z moich ulubionych utworów zespołu. Niesamowita mieszanka hard rocka i jazzu, kipiąca energią, z tym świetnym riffem, genialnymi solówkami gitary i saksofonu, chaotyczną kodą... Cudo. Co ciekawe, dopiero teraz, po nie słuchaniu płyty przez kilka lat, zauważyłem, że solówka Frippa w tym utworze bardzo przypomina jego późniejsze solówki - widać, że gość od początku wiedział jak chce grać... Później mamy już spokojniejsze kawałki: I Talk to the Wind z genialną partią fletu, podniosły, najbardziej znany utwór grupy, Epitaph czy tytułowy, z fajną końcówką (choć trwający trochę za długo, jak dla mnie, podobnie zresztą jak Epitaph). I byłaby to płyta naprawdę doskonała, gdyby nie najdłuższy na płycie utwór, Moonchild. Początek to zwykła, spokojna ballada, ale potem zaczynają się takie nudy, że człowiek przez te 10 minut nic tylko ziewa. Ponoć to doskonały fragment jazzu, ale mnie te plumkania, pojedyncze dźwięki i drażniąca w uszy cisza po prostu odpychają. Żeby chociaż dorzucili np. odgłosy przyrody, o wtedy by się zrobiło naprawdę ambientowo. A tak jest zwyczajnie nudno.

Ogólnie jednak rzecz biorąc, częściej słucham Poseidona lub płyt z Wettonem i Brufordem, niż debiutu. Choć to dobra płyta, jakoś nie pociąga mnie tak bardzo...

Kategoria: Rock i Metal | 7 komentarzy »

Koniec dominacji Winampa

18 maja 2008, 22:19:42
Nie napisałem jeszcze o moim niedawnym odkryciu. Z przyzwyczajenia używałem Winampa do słuchania muzyki i, co dla mnie bardzo istotne, do tworzenia playlist. Coraz mniej mi się podobał i szukałem czegoś innego. Foobar 2000 odrzucał mnie właśnie kiepską obsługą playlist - być może da się to ulepszyć jakąś wtyczką, ale brakowało mi cierpliwości do konfigurowania - potrzebowałem czegoś innego. Pozostałe znane mi odtwarzacze przerażały ciężkością (np. JetAudio). Aż w końcu znalazłem...

AIMP2

Ma wszystko to, czego potrzebuję, a nawet więcej. Doskonale odtwarza wszelkie pliki muzyczne (więc Winamp poszedł do piachu), dobrze obsługuje playlisty, zajmuje mało pamięci (tylko 5 MB i to cały czas), jest ładny (to też jest dla mnie istotne), przypomina Winampa (więc nie trzeba się zbyt dużo uczyć od nowa) i dodatkowo posiada funkcje, o których mi się nie marzyło, a nawet nie wiedziałem, że są tak przydatne. Przede wszystkim w playliście mam zakładki - dzięki temu mogę szybko wrócić do tego, czego słuchałem, oraz edytować playlisty podczas słuchania czegoś innego. Olbrzymia wygoda!! Poza tym z programem dołączone są 3 dodatkowe programiki:

1. konwerter audio, który nie dość, że doskonale przerabia pliki z różnych formatów, a także zmienia kodowanie mp3 (i to dość szybko), to jeszcze potrafi zrzucać płyty CD do dowolnego formatu (a więc Audiograbber poszedł do piachu),

2. rejestrator dźwięku, dzięki któremu mogę sobie zapisać to co słyszę (np. na stronie www) do pliku,

3. edytor znaczników, który akurat jest mi zbędny, ale pewnie innym się przyda.

Całość jest spolszczona, ergonomiczna i w ogóle super. Zdecydowanie polecam!!

Kategoria: Komputery Muzyka | 30 komentarzy »

Gel-Sol - IZ

18 maja 2008, 17:03:20
(Psychonavigation/Upstairs Recordings, 2008)

Oto coś, czego można się było spodziewać po tym artyście (albo i nie). Mój ulubiony współczesny wykonawca muzyki elektronicznej postanowił pójść śladem Kaito i wydać coś absolutnie i całkowicie ambientowego, bezbeatowego i klimatycznego (Brian Eno się kłania). I tak oto otrzymaliśmy album IZ. 9 utworów, wszystkie utrzymane w tej samej stylistyce: długie pasaże klawiszowe, leniwe dźwięki, podniosły klimat, utwory pozbawione wyraźnego rytmu... Wszystko powoli płynie, delikatnie przelewa się z pustego w próżne...

Oczywiście cały czas słychać, że to Gel-Sol, choć brakuje tutaj jego przepychu dźwiękowego, znanego z poprzednich płyt, tej wielowarstwowości. Tutaj mamy tylko kilka nałożonych na siebie dźwięków, które spokojnie wpływają do głowy i tam zostają przez te 65 minut trwania płyty. Można się zrelaksować, odprężyć, odpocząć. Sporadycznie pojawi się jakaś linia basu (As Far Ae Eye Can See, Secret Island), albo jakiś krótkie sample wokalne (IZ, Mourning Wok, Raneboze, Orca) czy odgłosy natury (Disko Bay, Your Day in the Sun)... Czasami robi się trochę mroczniej (Raneboze, Orca), czasami jaśniej (Your Day in the Sun)... Jeżeli ktoś zna płytę The Young Gods Music for Artificial Clouds, to te dźwięki wydadzą mu się mocno znajome - to ta sama estetyka...

Kategoria: Elektronika | Dodaj komentarz »

Lusine - Podgelism

18 maja 2008, 16:32:40
(Ghostly International, 2007)

Po przesłuchaniu kilkudziesięciu płyt ze współczesną elektroniką niemiecką dochodzę do wniosku, że wszyscy zaczynają grać to samo. Bez względu na nazwę wykonawcy, wytwórnię, wszyscy chcą grać albo minimal albo deep house. Dobrym przykładem jest ten zbiór remiksów. Niezależnie od tego, czy słuchamy miksu Apparata, czy Johna Tejady, czy Matthew Deara (chociaż ten wyróżnia się przynajmniej tym, że dodatkowo śpiewa), czy samego Lusine, czujemy, że to wszystko na jedno kopyto. Nie pomaga nawet odrobina hip-hopu w utworach Still Frame i Auto Pilot. Nawet Robag Wruhme nie wzrusza, choć jako jedyny jest ciutkę lepszy niż cała reszta. Bardzo rozczarowywujący album.

Kategoria: Elektronika | Dodaj komentarz »

Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy