(Snapper Music, 2008)

I kolejna płyta koncertowa w karierze Ozriców... Tym razem wyjątkowo - zespół świętuje 25-lecie istnienia. Z tej okazji zagrali w zeszłym roku na festiwalu Sunrise Celebration w Somerset w Anglii szczególny koncert. Otóż doszło ponownego zejścia się zespołów Ozric Tentacles i Eat Static - czyli Ed i Brandi Wynne połączyli swe siły z Joie Hintonem i Mervem Peplerem - dwoma muzykami, którzy odeszli w 1996 roku, aby skupić się wyłącznie na działalności tej drugiej kapeli. A wcześniej grali od początku z Ozricami. Tak więc mamy tutaj reaktywację zespołu w (prawie) klasycznym składzie!! A przynajmniej z tymi najważniejszymi muzykami. Czas stanął w miejscu - Ed gra na gitarze i klawiszach, Brandi złapała za bas (na co dzień gra na klawiszach), Joie stanął za klawiszami, a Merv znów obsługuje zestaw perkusyjny (ponoć stęsknił się za bębnami).

Oczywiście zejście się dawnych kompanów spowodowało, że na płycie znajdują się utwory wyłącznie z pierwszych dokonań zespołu. Reprezentowane są więc płyty Pungent Effulgent (z 1989 roku), Erpland (1990), Strangeitude (1991) i Jurassic Shift (1993). Kawałki są świetnie zagrane, ciekawie dobrane, wiele z nich rozpoczynają unikalne intra... Cały koncert jest mocno podlany space-rockowym sosem, głównie właśnie dzięki klawiszom Joie'a. Co ciekawe zespół wybrał przede wszystkim utwory dynamiczne i mocno gitarowe jak O-I, Vita Voom, Erpland czy Snakepit. Nawet bardziej elektroniczny Jurassic Shift obarczony jest świetnymi solówkami gitarowymi. Trochę mniej gitarowo robi się w Eternal Wheel, tam znowu mamy świetne solówki klawiszy. Są też dwa nowe utwory: Blimey! to takie rozbudowane intro do O-I zagrane na początek koncertu, natomiast Sunrise Jam to doskonała, głównie syntezatorowa improwizacja, w której słychać jak bardzo zgrana to kapela... W sumie wyszedł bardzo sympatyczny albumik, który u wielu fanów zespołu spowoduje zakręcenie się łzy w oku...

Kategoria: Elektronika Rock i Metal | Dodaj komentarz »

Hidria Spacefolk - Live at Heart

26 lipca 2008, 23:44:54
(Herzburg Verlags, 2007)

Ech, trochę mi zeszło zanim zabrałem się za napisanie recenzji jakiejś płyty HSF. Na początek zarzucę ostatnią i, moim zdaniem, najlepszą ich płytę. Koncertową. Muszę przyznać, że brzmi ona znakomicie i, jeżeli jest to wierny zapis koncertu, jest równie znakomicie zagrana. Nie słyszę żadnych wpadek, pomyłek, całość zagrana perfekcyjnie na 100% możliwości muzyków. W dodtaku brzmienie jest równie znakomite. Tyle o stronie technicznej.

A jeżeli chodzi o muzykę, to mamy tutaj doskonały przykład tego, jaka jest muzyka HSF. Większość utworów jest mocno rozbudowana w stosunku do studyjnych oryginałów (utworów jest zaledwie 6, a płyta i tak trwa 65 minut - średni czas trwania kawałków oscyluje w okolicy 11 minut), wiele z nich brzmi po prostu dużo lepiej (np. Tarapita). Cały koncert jest pełen energii i werwy - muzycy doskonale wiedzą co i jak zagrać, aby utwory tworzyły jedną całość. I w dodatku są one dość urozmaicone. Znajdziemy tutaj i rockowe riffy (Futur Ixiom) i trochę dubu (Sindran Rastafan) i sporo elektroniki (Radian) i ambientowe intro (Tarapita)... Naprawdę jest to jeden z najlepszych albumów koncertowych jakie słyszałem. Zresztą polecam zajrzenie na stronę HSF i przekonanie się o tym samemu.

Kategoria: Rock i Metal | Dodaj komentarz »

Hidria Spacefolk - doskonały, fiński space-rock

20 lipca 2008, 20:57:54
Co jakiś czas przekonuję się, że zespół, który znam od lat i kiedyś uwielbiałem, coraz bardziej zaczyna zjadać własny ogon - grać w kółko to samo, bez rozwijania się (Ozric Tentacles), dryfować w kierunku, który mi nie odpowiada (Porcupine Tree), albo zdecydowanie zmienić styl na mniej interesujący (The Orb). Dlatego też zacząłem szukać, z różnymi skutkami, nowych wykonawców, którzy w mniejszym lub większym stopniu kontynuowaliby styl, porzucony przez mojego ukochanego wykonawcę. W przypadku np. zespołu The Orb znalazłem - Gel-Sol - doskonały, amerykański muzyk, który gra, tak jak powinien grać Orb, gdyby w jego szeregach nadal występował Andy Hughes (to bajka na dłuższą opowieść). A teraz odkryłem kapelę, która w znakomity sposób podąża ścieżką wydeptaną przez Ozric Tentacles, czyli drogą space-rocka.

Zespół Hidria Spacefolk powstał w 1999 roku, w miejscowości Lohja w Finlandii. Założyło go 5 hipisów, muzyków samouków: Mikko Happo - gitara, Teemu Kilponen - perkusja, Kimmo Dammert - gitara basowa, Janne Lounatvuori - klawisze oraz Sami Wirkkala - gitara. Po dwóch latach prób, koncertów i jamowania wydali własnymi siłami EP-kę zatytułowaną po prostu Hidria Spacefolk (albo, jak podają niektóre źródła, HDRSF-1, od numeru seryjnego płyty). Zawierała ona 5 utworów, w tym 3 rozbudowane, która pokazała, że zespół od razu posiadał własny, przemyślany styl. Grali po prostu instrumentalny space rock, trochę w stylu Ozric Tentacles (bardziej), trochę w stylu Hawkwind (mniej), a trochę nawet w stylu wczesnego Porcupine Tree. W każdym razie udało im się stworzyć swój własny, odrębny styl.

Wydanie własnego wydawnictwa umożliwiło im podpisanie w 2001 roku pierwszego kontraktu z wytwórnią płytową i nagranie debiutanckiej płyty. Była to mała fińska wytwórnia Silence, która miała dostęp do profesjonalnego studia. Dzięki temu pierwszy album Hidria Spacefolk, Symbiosis, okazał się być dobrze nagraną i dobrze brzmiacą płytą. Debiut ukazał się w 2002 roku i był ostro promowany koncertami m.in. trasami po Holandii i Danii. W międzyczasie muzycy, zachęceni przez kolegów, wpadli na pomysł wydania remiksów utworów z dwóch pierwszych płyt. Violently Hippy Remixes ukazała się na początku 2004 roku nakładem fińskiej wytwórni Exogenic Breaks, specjalizującej się w muzyce elektronicznej. Zaraz po niej na rynek wypchnięto drugi album Hidria Spacefolk - Balansia. Ukazywał on drogę jaką obrał zespół - mniej utworów, ale za to dłuższe i bardziej rozbudowane. W tym samym roku kapela zagrała na jednym z największych na świecie festiwali - Nearfest, odbywającym się w Betlehem, stan Pennsylvania, USA. Występ był tak wielkim sukcesem, że organizatorzy festiwalu postanowili wydać go na płycie CD. Live Eleven a.m. ukazała się w 2005 roku, nakładem NEARfest Records i zawierała utwory z dwóch pierwszych płyt zespołu.

Lata 2005 i 2006 upłynęły na koncertowaniu oraz pracy nad trzecią płytą. Ważnym wydarzeniem był występ kapeli na hipisowskim festiwalu Burg Herzberg w Niemczech. I również ten organizatorzy postanowili uwiecznić na płycie CD - Live at Heart pojawił się na półkach sklepowych rok później - w 2007 roku, także nakładem Herzberg Verlags. Ale wcześniej dostaliśmy do rąk kolejną, trzecią płytę Hidria Spacefolk - Symetria, wydany w barwach nowej wytwórni = Next Big Thing. Zespół ponownie postawił na mało utworów, ale dość rozbudowanych i skomplikowanych. Materiał doskonale sprawdzał się na koncertach - na płycie Live at Heart znalazły się aż 4 kawałki z trzeciej płyty. Obecnie zespół skupił się na koncertowaniu...

Zdecydowanie polecam doskonałą stronę zespołu: www.hidriaspacefolk.st na której, oprócz standardowych rzeczy typu historia zespołu, dyskografia czy sklep, znajdziemy jeden świetny gadżet - odtwarzacz muzyczny (we Flashu), dzięki któremu możemy posłuchać wszystkich płyt zespołu (także koncertowych, ale za wyjątkiem remiksów) w doskonałej jakości i w dodatku wszystkie kawałki są całe. Ja tam spędziłem już sporo czasu słuchając po kolei wszystkich utworów - naprawdę warto. Swoje opisy płyt zostawiam na potem...

Kategoria: Do posłuchania Rock i Metal | 3 komentarze »

Dr House - serial w TVP2

16 lipca 2008, 22:29:17
Żona zachwyciła się tym serialem i powoli mnie wciągnęła. A ponieważ są wakacje, TVP2 powtarza pierwsze odcinki codziennie od poniedziałku do środy o 20.05. Zdecydowanie polecam!!

Dr House to serial o wyjątkowo nieprzyjemnym, chamskim i ciągle ironizującym lekarzu (tytułowym doktorze House), który równocześnie jest genialnym medykiem rozwiązującym bardzo skomplikowane i trudne przypadki na które natrafia. Pomagają mu w tym: 3-osobowy zespół podległych mu lekarzy oraz przyjaciel onkolog.

Tytułową postać gra Hugh Laurie i to jest największa zaleta tego serialu. Gość, który zaczynał karierę w kabaretach (grywał m.in. z Rowanem Atkinsonem, czyli słynnym Jasiem Fasolą), ma doskonałą twarz i po prostu jest doskonałym aktorem, który samą mimiką i sposobem mówienia potrafi przekazać przeróżne emocje. Wiecznie nieogolony, niezadowolony, strzelający złośliwymi tekstami jest po prostu... przeuroczy. Naprawdę, dla samego Laurie'go warto zobaczyć ten serial. Ale poza nim jest to po prostu doskonały dramat medyczny, świetnie zrealizowany, realistyczny i ciekawy, choć dość odległy od tego, do czego przyzwyczaił nas inny świetny serial, Ostry Dyżur.

Warto obejrzeć - zwłaszcza w deszczowe dni.

Kategoria: Telewizja | 11 komentarzy »

Beck - Modern Guilt

14 lipca 2008, 21:01:43
(Interscope, 2008)

Beck uległ ostatniej modzie na uznanych producentów (podobnie jak Bjork, która na płycie Volta z ubiegłego roku korzystała z usług Timbalanda) i nagrał płytę z udziałem Danger Mouse'a. A ponieważ gość ma już własny styl, obrobiony na pracy z takimi artystami jak Martina Topley-Bird, Gorillaz czy Gnarls Barkley, dlatego nie należy się spodziewać żadnych fajerwerków. Fani Danger Mouse'a będą zachywceni, fani Becka już nie koniecznie.

Zresztą nie ma co ukrywać: Beck od ładnych paru lat zjada własny ogon. Już płyta Guero z 2005 roku była wyjątkowo słaba, The Information z 2006 trochę lepsza, natomiast najnowsza to już kompletne dno. To po prostu płyta Danger Mouse'a, a nie Becka... Z jego stylu pozostał jedynie wokal i może trochę gitar. Cała elektronika została zdominowana przez słynnego producenta, a melodie to niejako wypadkowa DM'a i Becka, z przewagą raczej tego pierwszego. Utwory są krótkie, treściwe, nawet melodyjne (jak tytułowy Modern Guilt), ale najczęściej trochę bez wyrazu. Echa dawnego Becka znaleźć można w otwierającym płytę Orphans czy kończącym płytę Volcano, ale takie Gamma Ray czy Youthless to już Gnarls Barkley pełną gębą, tyle, że z Beckiem na wokalu. Ratuje sytuację trochę Chemtrails ze świetną partią perkusji (jedyny zresztą utwór bez automatu perkusyjnego) przypominający nieco dokonania Air. Nieźle też prezentują się utwory Modern Guilt i Youthless, oba z fajnym beatem, dość chwytliwe. Porażką okazuje się jednak druga część płyty od utworu Walls do Profanity Prayers - kawałki są wyjątkowo fatalnie zaaranżowane, hałaśliwe i bez pomysłu. Szkoda, wielka szkoda, że autor genialnego Mellow Gold tak bardzo się wyprał z pomysłów...

Kategoria: Elektronika Rock i Metal | 1 komentarz »

Wcześniejsze wpisy      Nowsze wpisy